RSS
czwartek, 17 stycznia 2013
Mazurski western a Chopin

"Choć położon jest w grób cichy nadal robi śmichy chichy"
(Papcio Chmiel)

Niby znowu Blatant nadaje, ale (jak widać) niezbyt często. O przyczynach napiszę innym razem a tymczasem...

Postać mego przyjaciela Wuwu wielokrotnie pojawiała się w różnych kontekstach, ale jakoś nie miałem okazji wspomnieć (a może i wspomniałem, ale już nie pamiętam) o wielu wydarzeniach związanych z nim bezpośrednio lub na które miał istotny wpływ. Oto dwa wybrane.

Pierwsza "słynna" historia Wuwu rozpoczęła się w zamierzchłych czasach jego młodości. Otóż otrzymał on zaproszenie na tradycyjne wiejskie wesele w pewnej mazurskiej wsi. Na miejscu pojawił się z gitarą na plecach i dziewczyną u boku (z którą zresztą spędził następne kilkadziesiąt lat). Zarówno owa Dziewczyna jak i pieśni osobiście wykonywane przy akompaniamencie gitary wywarły duże wrażenie na tubylcach. Szczególnie oryginalne wykonanie "Żółtego jesiennego liścia". Zwłaszcza na pannach, które pomimo obecności wymienionej wyżej Dziewczyny zapragnęły nawiązać bliższą znajomość z przystojnym bardem. Ale nie tylko one. Widząc co się święci autochtoni postanowili zdusić ogień w zarodku szybko i zdecydowanie: tj. wrzucając przybysza do studni (głową w dół). Z niejaką konsternacją przyjęli fakt, iż Wuwu całkiem sprawnie potrafił obracać dębową ławą. W odpowiedzi usunęli nieco sztachet z ogrodzenia. Dalej wszystko rozegrało się jak w klasycznym westernie. Scena końcowa: Wuwu nieco obity, ale i tak zadowolony siedzi na peronie oczekując na pociąg i ... aż Dziewczyna skończy zakładać (bez znieczulenia) szwy na rozcięty policzek i wargę. Muszę przyznać, iż całkiem nieźle jej poszło.

Wuwu znany był z ciekawych interpretacji różnych utworów (zwłaszcza Kazika). Razem ze Żmijką mieliśmy okazję wysłuchać między innymi wykonania słynnego marsza żałobnego Chopina, lecz w wersji na wesoło z tekstem:

O, jak, we-so-ło, jak bar-dzo chce się śmiać x2.
Pę-ka-my ze śmie--chu x2.

Kilka miesięcy później zmarł wujek Żmijki. Nie była z nim w żaden sposób związana emocjonalnie, ale jednak wiadomo, że to ogólnie smutna sprawa. Pojechaliśmy na pogrzeb. Zajęliśmy miejsca w ławkach w kościele. Zaraz po koronce organista zabrał się właśnie do owego marsza pogrzebowego. Usłużna pamięć natychmiast przywołała obraz Wuwu wraz z jego oryginalnym wykonaniem. Ledwo powstrzymałem mimowolny uśmiech. Rzuciłem okiem na Żmijkę. Właśnie zakrywała usta ręką. Po chwili dało się słyszeć coś, co można było zinterpretować jako kaszel, ale jednak nim nie było. Żmijka robiła co mogła, lecz wewnętrzny przymus nie odpuszczał, zwłaszcza iż organista dotarł do "Pę-ka-my ze śmie-chu". Nie wiem co pomyśleli inny. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się urażony...

Ostatni raz widziałem Wuwu w Yellowstone. Dziwnym zbiegiem okoliczności trafiliśmy tam mniej więcej w tym samym czasie, choć na różne oddziały. Nie wyglądał źle. Zmarł wkrótce potem. Zwykł był mówić "Samo weszło, samo wyjdzie". Tym razem tak się nie stało.
Na pogrzebie kilka osób mówiło mi, że kochał mnie jak syna, ale to nie był ten rodzaj relacji. Dla mnie pozostanie świetnym kumplem o niepowtarzalnym, całkowicie oryginalnym poczuciu humoru, dystansie wobec siebie, w pirackiej czapce z fajką w zębach.

Rok później moją uwagę zwrócił pewien szczegół nagrobka. Otóż zarówno poprzednie wpisy jak i ostatni wykonane zostały wyjątkowo nietypową czcionką. Takim powiedzmy (hmm...) gotyckim scriptem. Tak sobie pomyślałem, iż kamieniarz musiał się mocno wysilić. Zasięgnąłem języka w tej sprawie. Jak się okazało Wuwu sam przygotował projekt (obejmujący także charakter liternictwa). Rzemieślnik zgodził się wykonać ryty wg dostarczonej czcionki zanim ją jeszcze zobaczył. Później żałował... 

10:45, blatant
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 czerwca 2012
Uczciwy jak sprzedawca

"You can keep it if you want to move slow
I'm a bit faster and I'm ready to go"

Ponieważ jakiś czas temu pewien turysta zaparkował swojego dostawczaka w Bestii Blatanta, Blatant (po niezwykle zajmującej przeprawie z ubezpieczycielem sprawcy) rozpoczął poszukiwania młodszej krewniaczki zniszczonej alfy.

Kto nie lubi czterech kółek może nie czytać dalej. dość powiedzieć, że znalazł.

***

I. Igła na prowincji

Przy okazji majowego weekendu rodzina Blatantów postanowiła złapać trzy pieczenie za ogon:

- zwiedzić okolicę siedzib pierwszych Piastów
- dotrzeć na Komunię kuzynki
- nabyć alfę

Żmijka zaplanowała także wieczorne nauki do egzaminu, lecz w praktyce zamiast/oprócz tego rozpoczęła zbieranie punktów (76km/h na 50, czyli marne 26 za dużo). Do tej pory jakoś wychodziła akolekcjonersko z podobnych "okazji" przy pomocy takiego czy innego zaklęcia, lecz tym razem kontaktowi towarzyszyły wyjątkowo niesprzyjające okoliczności:

  • z tylnego siedzenia wyglądała Limonka - czary twarde wykluczone;
  • Blatant siedział obok - obecność męża bardzo ogranicza skuteczność wszelkiego rodzaju uroków;
  • palce do daszka przystawiła p. sierżant sztabowy - czyli reprezentantka klasy postaci niemal w 100% magic resistant.

W każdym razie od dzisiaj na pytanie "czy zbiera pani punkty?" może śmiało odpowiadać: Tak!

No ale odeszliśmy nieco od tematu. Kandydatka na Bestię II wypoczywała w pobliskiej miejscowości. Jak wiadomo kupuje się w dużej mierze oczami. Tym razem już pierwsze wrażenie Blatanta nie było najlepsze. Przede wszystkim sprzedawca łaskaw był pomylić kolor. Widocznie daltonista. Na wszelki wypadek Blatant nie spytał. Ludzie bywają drażliwi na punkcie swego stanu zdrowia. Jednak stan zdrowia pojazdu również mógłby być lepszy. Auto przez telefon w stanie "idealnym" oglądane z bliska okazało się mieć odchodzące listwy przyprogowe z widoczną perforacją. W fotelu pasażera czerniała wypalona dziura idealnie wielkości papierosa. Praktycznie niewytłumaczalna jako, że w samochodzie nigdy nie było palone (sprawa dla Muldera i Scully). Regulator wylotu powietrza przy próbie zmiany położenia wpadł (sic!) do tunelu. Nic to, widocznie właśnie się popsuł1. Po przekręceniu kluczyka ze startu zamrugała zalotnie kontrolka świec żarowych (a właściwie ich przepalenia). Auto zadbane, więc wyjątkowym zbiegiem okoliczności świeca (oby jedna) musiała przepalić się dopiero co. Właściciel a konkretnie właścicielka (czyli standardowo niepaląca, jak już wiemy, kobieta) nie dała rady otworzyć maski. Blatantowi powiodło się wprawdzie, ale po kilku minutach ćwiczeń palców prawej dłoni (na ściskanie i rozciąganie). To że alfa miała wyciek z układu hamulcowego a jeden z reflektorów zmatowiony tak, że na wprost praktycznie ukrywał żarówkę to już w tym momencie nie miało większego znaczenia - drugi reflektor wyglądał jak nowy (lecz samochód bezwypadkowy, więc pewnie zwyczajnie lepszej jakości się trafił). Tym niemniej sprzedawczyni okazała się nadzwyczaj uczciwa bez ogródek przyznając, że auto nie było picowane do sprzedaży... Wprawdzie brudne, więc trudno do końca określić stan lakieru, ale jeżeli Blatant zechciałby chwilę poczekać, to ona umyje ;)

Kilka dni wcześniej Żmijka wyrażała poważne wątpliwości co do celowości oglądania tej alfy. Na jakiej podstawie? Otóż na jednym ze zdjęć wnętrza uważny obserwator mógł wypatrzyć fragment puszki wyglądający spod fotela pasażera. Jeżeli opublikowano w ofercie zdjęcie z... hm... no "będzie się działo", to nie warto sobie zawracać głowy. Blatant łudził się, że raczej chodziło o "doda ci sksydeł"...

 

II. W mieście stu mostów

Innym razem Blatant wybrał się do odległego o 350km od Pustkowia pięknego miasta, szczycącego się oprócz mostów nowym dworcem kolejowym na którym... nie da się kupić biletów. Tzn. da się kilkadziesiąt metrów dalej w tzw. dworcu tymczasowym czy jakoś tak. 
Tym razem alfa zrobiła właściwe wrażenie. Tzn. grunt sprzedawca urobił już wcześniej. Udzielił poprawnych odpowiedzi na mniej lub bardziej podchwytliwe pytania, wiedział kiedy wymienił rozrząd, olej i inne takie tam. Miał nawet faqtury. Niektóre pokazał znacznie później, ale nie uprzedzajmy faktów. 

Tymczasem jednak Blatant ujrzał to, czego oczekiwał. Wprawdzie spojler z przodu lekko pęknięty, dach i drzwi porysowane, wykładzina na słupkach i lakier na lusterkach miejscami odchodzi, ale tak mniej więcej mogłoby być - wszystko widoczne dopiero z bliska po skupieniu uwagi. Poza tym pięknie brzmiące stado koników - zdecydowanie większe, niż w Bestii I. Jak wiadomo Blatant nie Kubica, więc większość z nich i tak by się nudziła, ale w razie czego dobrze jest mieć możliwość zrobienia solidnego stampedo. Tym niemniej w okolicy przednich wahaczy (podobno trzy z czterech uczciwy sprzedawca niedawno wymienił) trenowała spora grupa wściekłych pingpongistów a obok koników zgrzytał i piszczał stary rower dziadka, co nieco zaniepokoiło potencjalnego nabywcę, ale nie zanadto, gdyż miał dwa asy w rękawie.

Pierwszy as to on sam. Być asem we własnym rękawie potrafi nie tylko Heinz Doofenshmirtz. Wprawdzie Blatant sprawia niekiedy wrażenie, iż potrzebowałby GPSa by znaleźć samodzielnie wyjście z ubikacji, lecz paradoksalnie to właśnie jest jego atut. Oprócz zdobytych wieloletnich doświadczeń w użytkowaniu Bestii pomagających w ocenie stanu technicznego, nauczony poprzednimi sytuacjami, zdecydowanie dążył do zrealizowania zasadniczych postulatów "dobrej umowy"2 między innymi przygotowując drugiego asa.

Ów drugi as w rękawie to umówiona wcześniej wizyta w serwisie, który przeprowadził pełną ścieżkę diagnostyczną (ok. 3h). Silnik okazał się bez zarzutu (zresztą silniki diesla to bardzo mocny punkt alf z tego okresu). Wszystkie trzyliterowe skróty sprawne. Natomiast zastrzeżenia budził stan paska napędów różnych (rower dziadka). Ponieważ z faktur wynikało, że był niedawno zmieniany, któraś rolka od napędzanych urządzeń nie trzymała linii... Pytanie dlaczego? Po badaniu czujnikiem lakieru okazało się, iż każdy element ma inną grubość, ale wszystkie zdecydowanie zbyt dużą (z wyjątkiem dachu). W tym momencie solidny, uczciwy sprzedawca wyciągnął z teczki dokumentację. Otóż pojazd (prowadzony przez małżonkę oferenta) doznał trzykrotnie w ostatnim czasie szkód "w ruchu miejskim" w postaci kolizji czy to z innymi pojazdami czy to z antropogenicznymi elementami przyrody nieożywionej (jak. np. latarnia). W efekcie klepany i malowany ze wszystkich stron. Z geometrią też prawdopodobnie nie najlepiej... Ponadto komplet wahaczy z przodu do wymiany (pingpongiści).

Pomimo, iż wrócił koleją, Blatant wyniósł z tej podróży rozliczne korzyści. Między innymi zaznajomił się z tzw. tanią kuszetką :) Nawiązał także nowe znajomości - jak choćby z przemiłą starszą panią, która nie pozwoliła mu w drodze powrotnej zmarnować popołudnia na bezsensowne drzemki snując elektryzujące opowieści o wnuczkach oraz chorobach wszelakich.


III. Po sąsiedzku

Ostatecznie Blatant nabył Bestię II niemal u sąsiada. 800 metrów od Pustkowia. Wprawdzie nieco starszą niż wcześniej oglądane, ale z polskiego salonu i z historią od początku.

Oczywiście ma swoje wady. Jak mówią "Las solteras son de oro las casadas son de plata". Blatantowi ta "plata" wystarczy3. Alfę ciągnie teoretycznie zaprzęg o niemal tej samej liczbie koników co u Bestii, ale za to młodszych ;) co mimo wszystko czuć pod bu(a)tem. Zobaczymy jak się będzie sprawować. Na razie świetnie, ale wiadomo, że z samochodu człowiek cieszy się co najmniej dwa razy4.

 

***

1 - Swoją drogą nic nadzwyczajnego. W poprzedniej Bestii Limonka zrobiła z nim to samo (tzn. WKOPAŁA go do środka).
2 - "Dobra umowa" znaczy: sprawiedliwa, czyli taka z której obie strony są niezadowolone. Gwoli wyjaśnienia: gdy obie strony są zadowolone, często jedna cieszy się krótko a druga zadowolenie osiąga metodami etycznymi inaczej.
3 - cytowany wers ma kontynuację w postaci: "Las viuditas son de cobre y las viejas de hojalata". Pozostałe dwie opcje sprawdził wcześniej.
4 - czyli po zakupie i po sprzedaży ;)

09:54, blatant
Link Komentarze (2) »
środa, 06 czerwca 2012
Dramat w sieci (pajęczej)

"Zapamiętajcie sobie radę, którą dziś wam wszystkim dam:
Możecie liczyć na przyjaciół, pomogą wam."

Stali bywalcy wiedzą, że Limonka niekiedy domaga się bajek konstruowanych ad hoc. Wprawdzie coraz rzadziej (uczennicy już raczej nie wypada). W każdym razie powstało coś w rodzaju cyklu opowieści o grupie dość niedobranych przyjaciół: Komarze, Pająku, Korniku i Nieżabce zamieszkujących w lokalu pewnej całkowicie anonimowej rodziny. Oto próbka (jeszcze z okresu padawanarium).


***

- Drogi Korniku, byłbyś tak uprzejmy i nalał mi jeszcze filiżankę twojej pysznej herbatki? - spytał Pająk.
- Oczywiście Pajączku - odpowiedział Kornik rad usłyszeć pochwałę spomiędzy szczękoczułek przyjaciela - Komar się spóźnia. Czyżby coś go zatrzymało? Zawsze, gdy go dłużej nie ma, martwię się, że znowu jakiś niedouczony człowiek wziął go za komarzycę. A przecież każdy powinien wiedzieć, że komary nie kąsają.
- Cóż, ludzie nie wiele wiedzą o nas owadach. Przynajmniej większość z nich. Dla nich, jak coś lata jak komar, brzęczy jak komar i wgląda jak komar, to już musi kąsać.

W tym momencie nadleciał Komar.
- Uff, ledwo udało mi się uciec przed tą małą. Robi się coraz szybsza - wydyszał Komar lądując pomiędzy przyjaciółmi prawie przewracając przy tym dzbanek Pająka. W głębi salonu na oko sześcioletnia dziewczynka uważnie lustrowała wszystkie ściany ze szczególnym uwzględnieniem zakamarków.

Właściciel dzbanka już chciał zwrócić Komarowi uwagę, by następnym razem bardziej uważał jak siada, gdy nagle rozległ się potworny krzyk:
- Maaaamooo! Chodź prędko, tu jest paaająąk!

Komar zbladł. Pająkowi szczęka opadła jeszcze niżej niż zwykle. Jedynie Kornik zachował zimną krew.
- Komar, startuj natychmiast. Zaraz tu będzie gorąco. Udawaj, że atakujesz tego dużego z ssawką. Musisz go zająć przynajmniej na kilka sekund. Ruszaj! JUŻ!!!

Czas był najwyższy. W chwili, gdy dziewczynka podniosła alarm, Tata właśnie czyścił dywan. Był najbliżej. Miał odkurzacz. Szczęśliwie jednak zawahał się go użyć. Przez moment. Tak się bowiem złożyło, że bardzo lubił pajączki. Przynajmniej te małe.

Tymczasem pisk Mamy zmusił go do działania. Wiadomo, lęków żon ignorować nie wolno. Już już miał wessać Pająka, lecz Komar bzyknął mu w ucho dosłownie w ostatniej chwili. To skierowało uwagę ojca dziewczynki w zupełnie inną stronę. Całe szczęście, bo Pająk z tych nerwów zaplątał się we własną sieć i nie wiadomo co by było, gdyby nie Kornik, który nadgryzł nitki w kluczowych miejscach pajęczyny.

Przyjaciele nie tyle wyszli co wypadli z pułapki. Niestety prosto w kępkę kurzu, resztek jedzenia i innych trudnych do określenia farfocli. Ludzkim dzieciom takie rzeczy nie przeszkadzają, ale dla drobnych nieostrożnych owadów to straszliwe pułapki.

W czasie, gdy Kornik z Pająkiem walczyli o życie w potrzasku, Komar, widząc ich krytyczne położenie, sprytnie kierował Tatę w przeciwną stronę. Z jednej strony ofiarowywał przyjaciołom bezcenny czas. Z drugiej zmienił cyrkulację powietrza w pomieszczeniu, gdyż człowiek pociągnął za sobą odkurzacz.

Nieoczekiwany podmuch z obróconej maszyny ssącej przeniósł kępkę kurzu wraz z przerażonymi ofiarami farfoclowych sideł pod biblioteczkę. Tam byli względnie bezpieczni.

Po chwili dołączył do nich jeszcze bardziej niż uprzednio zziajany Komar.
- Wiesz co Pająku, gdybym cię tak nie lubił, to zdrowo bym ci nawrzucał. Jak można tak niedokładnie pleść pajęczynę! Pamiętasz jak cię uczyli w przedszkolu? Trzeba dokładnie, symetrycznie, od węzełka do węzełka.
Pająk wydawał się bardzo skruszony - Dobrze, już dobrze, Komarku. Bardzo ci dziękuję i na przyszłość wszystko będę przygotowywać porządnie, ale i tak byłoby znacznie mniej nerwów, gdyby ta dziewczynka raz na jakiś czas posprzątała. Chociaż w swoim pokoju...
- Lepiej skup się na pajęczynie, bo porządek to ona ma jak już nie powiem gdzie u Kornika - dodał Komar z przekąsem.
- Tylko bez takich - obruszył się Kornik - Przecież wiecie, że nie mam rąk, jestem z was najmniejszy i ciągle zmęczony, ale... chętnie pokażę wam co i jak trzeba zrobić - dodał z szelmowskim uśmiechem.


15:07, blatant
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 kwietnia 2012
Dzień mojej śmierci

Rachmistrze skrupulatni:
to wieczór mój ostatni


*** Jak dobrze wstać, skoro świt

Tego dnia Blatant postanowił nie jeść śniadania. Charakterystyczne uczucie ucisku w żołądku w odpowiedzi na pierwsze zapachy ze stołówki jednoznacznie wskazywały, że znany wszystkim kolorowy ptak zamierza wkrótce rozłożyć swój ogon. W tej sytuacji jedyne rozsądne wyjście to chwycić go mocno za gardło. Ech, należało opuścić zabawę wcześniej... Znacznie wcześniej. Teraz jednak za późno na takie refleksje. Mleko już się rozlało.Przekrzywił lekko głowę koncentrując wzrok na schodach. Zdawały się prowadzić w dół. 

To dobrze. Takie właśnie są mi potrzebne - pomyślał rozważając jak z nich skorzystać. Ostatecznie zdecydował się na wariant klasyczny - prawą ręką zatrzymał walącą się ścianę, lewą złapał (w końcu) uciekającego węża poręczy i ruszył w dół. Szczęśliwie niezbyt szybko.  


*** 5 godzin marszu po lesie później

Niewprawnym ruchem Blatant po raz kolejny poprawił za duży hełm opadający co chwila na nos. M16 nie ważyło już dwóch ton. Las nie próbował go napaść bardziej niż zwykle. Zdawał sobie jednak dobrze sprawę, że nadal jest p.1 leszczem. Cel musiał znajdować się blisko. Wprawdzie dowódca drużyny nie zwierzał się specjalnie nikomu (a na odprawie Blatant jedynie z trudem utrzymywał kontakt z rzeczywistością), ale rozwinął swych żołnierzyków w tyralierę. Teraz każdy ostrożnie, przygarbiony, szukając osłon sunął do przodu mając o kilka metrów z lewej i z prawej odzianego w moro, kask i gogle kolegę.Pah, pah, pah. Sierżant nie zdążył nawet wydać rozkazu. Pociski ASG śmigając powyżej 100m/s rykoszetowały między drzewami. Blatant zdołał wypatrzeć jednego z przeciwników. Oddał krótką serię, nim poczuł uderzenie w obojczyk. Nikt nie dostrzegł strzelców ukrytych w koronach drzew...


*** Jeszcze pół godziny później

Tym razem zadaniem plutonu była obrona wyznaczonego obszaru. Sierżant postanowił być sprytny. Teoretycznie cel powinien osiągnąć nie niepokojony, lecz na wszelki wypadek podzielił drużynę na dwa "rzuty", które później miały utworzyć "głęboką" obronę. Blatant podążał na prawym skrzydle drugiego rzutu. W pewnym momencie trafił na spory wykrot. Zdecydował się obiec go z prawej na kilka chwil oddalając się od kolegów. Gdy drużyna przekraczała dukt biegnący wzdłuż marszruty, znajdował się jeszcze kilkadziesiąt metrów z tyłu i nieco na prawo. Tym razem ze spokojem obserwował rozpoczęty znienacka, gwałtowny i bardzo chaotyczny bój spotkaniowy. Po chwili zorientował się, że przypadkowo znalazł się już niemal za plecami grupy przeciwników. Szybko przebył brakujące 20 metrów. Wcześniej odbezpieczył replikę przestawiając na tryb automatyczny. Czuł, że nadchodzi jego 5 minut. Niczym John Wayne w pierwszej chwili zdjął najbliższych dwóch neplów ukrywających się za drzewami przy ścieżce. Chwilę później jeszcze jednego. Niestety coś zabębniło w jego M16 i dało po łapach. Pół uderzenia serca później także po hełmie i w plecy. Zrozumiał, że tylko mu się zdawało, iż wszystkie cele ma przed sobą ;)
Zgodnie z regulaminem2 - był martwy. Tym właśnie grozi praca w korpo3


***
1 - "p." można czytać np. "pięknym". Można też inaczej. Zależy od indywidualnej wrażliwości. Tego dnia wrażliwość Blatanta nie była większa niż odporność na korupcję wśród członków PZPNu
2 - dwa trafienia = zejście
3 - zwłaszcza, której szefowie aplikują pracownikom takie zabawy

14:27, blatant
Link Komentarze (5) »
czwartek, 05 kwietnia 2012
Towariszcz Pulkownik, Blatant znowu nadaje

Do domu wrócimy,
w piecu napalimy,

Trochę się tu zakurzyło, ale nic to. Z najważniejszych spraw w telegraficznym skrócie:

Żmijka zapisała się i skończyła dodatkowe studia. Potem szef ją zapisał i trwają następne po których zwykle Można Będzie Awansować. Chociaż i tak już znacznie awansowała. Tymczasem nie ma czasu się podrapać o słynnym odprawianiu czarów nawet nie wspominając.

Limonka uczy się pilnie. Pani widziała już ją nawet w klasie wyżej na co zresztą Blatant by nie zezwolił. Entuzjazm nauczycielce przygasł dopiero, gdy blatanckie dziecko obiecało swej wychowawczyni kilka dni w lochu o ile się nie poprawi. Teraz, spogląda na Limonkę z wyraźnym niepokojem a na Blatanta z niewypowiedzianą, ale jednoznaczną oceną: patologia... ;)

Blatant natomiast zmienił pracę i niestety utracił Bestię. Pewien sympatyczny skądinąd kierowca łaskaw był niewłaściwie zinterpretować tzw. sygnały świetlne. Pomylił S1 z S3 przy skręcie w lewo. W efekcie Blatant jadący Bestią prosto na zielonym dostał strzał w bok - tzw. szkoda całkowita :( Ze względu na żałobę1 nowej alfy czas jakiś nie będzie.

Miało miejsce też sporo innych zdarzeń, ale o tym później.

***
1 - a także drobne przepychanki z ubezpieczycielem sprawcy

14:09, blatant
Link Komentarze (4) »
środa, 14 kwietnia 2010
Urodziny Limonki cz. III

Odbijaj flaszkę, żądz nie kiełznaj,
Hej, na orbitę wszyscy wraz!
Bo gdy tak człek od rana pełza,  
To wieczór spędzić chce wśród gwiazd.
(Bal kreślarzy - Stanisław Staszewski)

Imprezka dla dzieci odbyła się z mniej więcej z miesięcznym opóźnieniem wynikającym głównie z rezerwacji weekendowych terminów przez innych młodocianych jubilatów1 ;)

Dzieci bawiły się świetnie. Głośne, czerwone i mokre, czyli zadowolone ;)

Jedna z pań mniej. Zaproszony 5-cio letni potwór dostrzegł bowiem u niej błysk w ustach (od cekina zapewne) i uporczywie domagał się prezentacji ;) Naprawdę uporczywie ;)

***

1 - A także przez urodziny Limonki cz. 2.5, 2.75, 2.875 itd. itp., czyli mniej lub bardziej zapowiedziane wizyty znajomych z tej okazji :)

21:04, blatant
Link Komentarze (27) »
niedziela, 21 marca 2010
Urodziny Limonki cz. II, czyli powrót z balu.

I nie powie stary baron więcej do mnie "paszoł won!",
Nie wypchnie za próg z gitarą - bowiem w grobie leży on.
(Wróci wiosna, baronowo - K.I. Gałczyński)


Tydzień później dojechał Straszny Dwór. Dojechał i... nie poznał blatanckiej rodziny sunącej w odległości kilku metrów. Na usprawiedliwienie gapiostwa można dodać jedynie, iż Żmijce i Blatantowi z głów zwisały białe loki peruk a pożyczone stroje barokowe dość skuteczne odwracały uwagę od szczegółów fizjonomii. Limonka, jak zwykle, robiła za księżniczkę i to wyłącznie dzięki niej towarzystwo zostało ostatecznie rozpoznane ;)

***

Nawiasem mówiąc ochroniarz kilka minut wychodził z szoku dostrzegłszy karykaturę hrabiego de Valmont chyłkiem pomykającą pośród cieni (ze śmieciami w rękach) w stronę kontenera ;)

15:54, blatant
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 marca 2010
Za mało czosnku, czyli urodziny Limonki cz. I

Brains in the pot, they’re beginning to boil
They’re dripping with garlic and olive oil
(Tweedle Dee & Tweedle Dum - Bob Dylan)

Nadszedł dzień urodzin Limonki. Ze względu na mnogość towarzystwa pragnącego oddać zwyczajowe pokłony jubilatce rodzice Stwora podzielili imprezkę na dwa terminy: "dla zgredów i bardziej zgredów" oraz "młodych".

Starzy zostali wyznaczeni na pierwszy ogień. Zjawili się wszyscy zaproszeni1. Wysoka frekwencja pozostawiła skutek uboczny w postaci tira zabawek2.

Nie obeszło się jednak bez drobnego zgrzytu. W sumie był tak niewielki, że może nikt poza Blatantem go nie zauważył, lecz wystarczających rozmiarów by jeszcze długo dręczyć ojca Limonki. Otóż Stwór zapragnął zagrać w niedawno sprezentowane Czosnkowe wampiry - prostą, choć nietrywialną gierkę planszową. W skrócie gracze (wampiry) biegają w niej po cmentarzysku od swych chatek do zamku, skąd za wszelką cenę usiłują wynieść jak najwięcej czosnku jednocześnie unikając jak słońca pomidorów3. Myk polega na tym, że nikt początkowo nie wie, kto gra wampirem jakiego koloru, ponieważ każdy może przesunąć pionek każdego. Blatant chytrze postanowił pomóc nieco swej latorośli grającej z dorosłymi CHCĄCYMI WYGRAĆ popychając, gdy trzeba, jej wampira. Niestety pomylił się w ocenie kto gra kim. W rezultacie Limonka nie zgromadziła ani ząbka czosnku, natomiast w udziale przypadły jej wszystkie dostępne w grze pomidory ;(( W ostatniej rundzie smutna i zrezygnowana podziękowała za grę słowami "No dobrze, poddaję się" ;(((( Blatant poczuł nadchodzący zawał.

***

PS.: Żeby nie drobne notatki, które czynię w tzw. międzyczasie cały mój pamiętnik zabraliby Niemcy. A konkretnie jeden. Alzheimer czy jak mu tam...

***

1 - Z wyjątkiem mieszkańców Strasznego Dworu, których zasypało. Wyruszyli wprawdzie zgodnie z planem, lecz dotarli tydzień później.
2 - Bywalcy wiedzą, że by domknąć drzwi pokoju Limonki, należy z buta dopychać wystające pluszaki jednocześnie rękoma pilnując wyżej umieszczonych ponad gabarytowych kreatywnych zabawek przed tragicznym upadkiem na zamykającego.
3 - Co obala mit jakoby kreatury te nie znosiły allium w dowolnej postaci ;)

20:16, blatant
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 marca 2010
Koniec pukania

Mama, take this badge off of me
I can’t use it anymore.
It’s gettin’ dark, too dark for me to see
I feel like I’m knockin’ on heaven’s door.
(Knockin' On Heaven's Door - Bob Dylan)

Nim urlop dobiegł końca, Blatant zdążył jeszcze odwiedzić uroczy, klimatyczny pałacyk w Otwocku z nie mniej interesującymi bywalcami oraz zafundować Bestii prezent noworoczny w postaci łączników stabilizatora o które dopukiwała się (coraz bardziej zdecydowanie) od chwili, kiedy się poznali.

Wszystko co dobre1, kiedyś się jednak kończy. Pierwszy dzień po dłuuuugim urlopie wypadł w piątek. I to okazało się w tym wszystkim najbardziej uspakajające :)

***

1 - Złe również, ale jakby z większymi oporami ;)

22:21, blatant
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 lutego 2010
U mnie ciągle Sylwester ;)

Somebody got murdered on New Year’s Eve
Somebody said dignity was the first to leave
(Dignity - Bob Dylan)

Zabawę sylwestrową zorganizowała Żmijka1. Nie uległa namowom Blatanta zmierzającym w kierunku kontynuacji ubiegłorocznej wyprawy. Zamiast szwendać się po D&D w podejrzanym towarzystwie wybrała ofertę teatru Komedia (jak w tytule notki).

Blatanctwo spędziło więc wieczór w miłej atmosferze lekko i naiwnie przyjmując perypetie bohaterów komedii zafundowane przez Autora. Przy okazji Żmijka doedukowała męża w kwestii głównej bohaterki modnego ostatnio serialu, który właśnie był się zakończył. Blatant jednakże nie zdążył ocenić (nawet amatorsko) jej umiejętności aktorskich. Praktycznie zaraz, jak tylko weszła na scenę, rozebrała się, śmignęła pod kołdrę i tyle ją widział2.

Gdyby ktoś jednak miał ochotę dowiedzieć się, jakie zagrożenia niosą wydawcom książek dla dzieci erotyczne fascynacje3 - Blatant poleca :)

***

1 - Nieparzyste lata są Żmijki, parzyste Blatanta.
2 - Tzn. aktorkę - kołdra cały czas była nieźle widoczna.
3 - Oraz zatrudnianie dekoratorów wnętrz do "wykańczania" prywatnych lokali.

19:49, blatant
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31

statystyka